Żyć meblami
25 września, 2026 2026-09-25 8:27Żyć meblami
Zakładając 40 lat temu firmę, Leszek Wójcik nie myślał, że jego nazwisko da początek firmie, która stanie się jednym z najważniejszych graczy na polskim, a także europejskim rynku mebli. Dziś, gdy on sam już się wycofał z zarządzania, firmą kierują i pracują w niej jego dzieci, zięć i synowe. A wśród nich syn Piotr – prezes Zarządu i jego żona Ewelina – dyrektor marketingu.
PRL, nawet w swoim schyłkowym okresie, zdecydowanie faworyzował własność społeczną. Siłą rzeczy zdecydowana większość ludzi pracowała na państwowych posadach. Prywatni właściciele stanowili co najwyżej tolerowaną przez państwo mniejszość. Tolerowaną, chociaż często ich biznesy były drogą przez mękę. Kontrole, domiary, a także rozmaite ograniczenia były chlebem powszednim każdego, komu zamarzyło się działanie na własny rachunek.
W takiej to atmosferze, w 1986 roku Leszek Wójcik rozpoczął w Elblągu, przy ul. Żuławskiej 18, budowę zakładu. Całkiem, jak na ówczesne czasy sporego, bo o powierzchni 300 m2.
Niedoszły kierowca kombajnu
Wbrew pozorom miałem zupełnie normalne dzieciństwo, takie, jak moi koledzy i przyjaciele ze szkoły podstawowej. Mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty, co dla mnie jako dziecka oznaczało wiele atrakcji. Były więc trzepak, podwórko, boisko po szkole, granie w piłkę do późnych godzin nocnych, zabawy w podchody – wspomina Piotr Wójcik.
Najstarsze wspomnienia związane z firmą taty to hałdy piachu wokół budującego się zakładu. Mama wtedy skupiła się przede wszystkim na wychowaniu mnie i o rok młodszej siostry Kasi. Tata natomiast był bardzo zaangażowany w budowę firmy i rzadziej bywał w domu, przy czym my do niego często jeździliśmy. Tam oczywiście była zabawa, ale staraliśmy się też pomagać, choć pewnie więcej przeszkadzaliśmy. W późniejszych latach towarzyszyliśmy też tacie, gdy rozwoził meble do klientów – dodaje.
Gdy firma zaczęła rosnąć, to siłą rzeczy dzieci zaczęły w nią mocniej „wsiąkać”. To było bardzo naturalne: przez zabawę, przez to, że przebywały razem z rodzicami w firmie. Ale z drugiej strony nie wpływało to w żaden sposób na nasze codzienne życie, szkołę i zabawy z kolegami – zastrzega Piotr.
Firma – firmą, ale pierwsze zawodowe plany Piotra na przyszłość, były bardzo odległe od mebli. Jako dziecko marzył, by być… kierowcą kombajnu. Tata się ze mnie śmiał, że zapiszę się do kółka rolniczego. Dość szybko mi to jednak przeszło – wspomina.
Tak naprawdę jednak, to nigdy nie miałem innej myśli, niż zostać w firmie i pomagać tacie. Tata coś tworzył, przyjeżdżali do niego ciekawi goście – mi się to bardzo podobało. Do dzisiaj ten kontakt z ludźmi – pracownikami i kontrahentami – jest największą zaletą obecności w biznesie – podkreśla Piotr Wójcik.
Życiowy plan babci
W przeciwieństwie do przyszłego męża, Ewelina nigdy nie marzyła o pracy w meblach. Jak przyznaje, jej fantazja nie sięgała aż tak daleko, by wyobrazić siebie w fabryce mebli. Bardzo późno – i to na zasadzie eliminacji – wybrała co będzie w życiu robiła.
Zawsze byłam zadaniowym dzieckiem, gdy na przykład trzeba było się dobrze uczyć, to się uczyłam. Do dzisiaj tak mi zostało. Nawet studia wybrałam na zasadzie eliminacji. Nie mam prawnika w rodzinie, zatem nie pójdę na prawo. Nie lubię krwi – nie pójdę na medycynę. Wreszcie: nie cierpię fizyki i przedmiotów ścisłych – nie pójdę na politechnikę. W ten sposób została mi ekonomia. A że moja świętej pamięci babcia zawsze mówiła, że dziewczyna na studia idzie głównie po to, aby znaleźć męża, zatem ja plan życiowy wyznaczony mi przez babcię zrealizowałam – żartuje Ewelina Wójcik.
Nie chciałem o tym wspominać, dobrze, że Ewelina powiedziała, ale szybko znalazła młodego, fajnego, perspektywicznego – przerywa, śmiejąc się Piotr.
Ewelina i Piotr poznali się na początku drugiego roku studiów, na jednej z „domówek”. Początkowo połączyła ich macierzysta uczelnia – Szkoła Główna Handlowa – i wspólne grono znajomych. Studia rozpoczęli jednocześnie, ale na różnych kierunkach.
SGH ma taką formułę studiowania, ze poznaje się bardzo dużo ludzi. Nie ma stałych grup. Na każdych zajęciach jest się z innymi ludźmi, którzy mają podobny program, albo muszą odbyć podobne zajęcia – wyjaśnia Piotr Wójcik. Z Eweliną początkowo byliśmy przyjaciółmi – zastrzega.
Do tej pory jesteśmy – wtrąca Ewelina.
Tak, moja żona jest moją najlepszą przyjaciółką – potwierdza Piotr.
Małżeństwem zostali po studiach.

Korporacja czy firma rodzinna?
Po skończeniu studiów Ewelina rozpoczęła pracę w jednej z korporacji. Piotr z kolei wrócił do Elbląga, gdzie czekała na niego praca w firmie rodzinnej. Był to okres wytężonej pracy: trwała budowa drugiej fabryki, dużo większej od pierwszej. Młodzi ludzie stanęli przed dylematem: jak dalej ułożyć swoje życie. W przeciwieństwie do Piotra, Ewelina nie miała wcześniej nic wspólnego z Elblągiem.
I nigdy bym nie przypuszczała, że przyjdzie mi się do Elbląga przeprowadzić. Po skończeniu studiów nie miałam takich perspektyw, jakie miał Piotr, czyli powrotu do firmy rodzinnej. Swoją karierę zawodową wiązałam raczej z jakąś korporacją. Najpierw przeszłam przez dwie agencja reklamowe, później był Procter & Gamble, w którym zajmowałam się sprzedażą. I zawsze myślałam, że zostanę w Warszawie, niedaleko rodziców – wspomina Ewelina.
Jak sama przyznaje, decyzja o przeprowadzce do Elbląga nie była łatwa. Długo się zastanawiałam, czy powinnam rezygnować z własnej ścieżki zawodowej i przenieść się do firmy rodzinnej. W pewnym momencie doszliśmy jednak do wniosku, że moja praca nie będzie sprzyjała temu, by funkcjonować razem. Ostatecznie zatem wybór padł na firmę rodzinną męża, mimo że P&G poszedł mi na rękę i zaoferował możliwość pracy z Elbląga – wyjaśnia.
Trudne początki z meblami
Ewelina miała ciekawą ścieżkę kariery, na którą zapracowała i którą budowała samodzielnie. Ja to szanowałem. Natomiast jej praca – owszem, z Elbląga – wymagałaby bardzo dużo jeżdżenia. Obowiązki Eweliny obejmowały koordynację sprzedaży na obszarze od Gdyni po Łowicz i Suwałki, a drogi nie były wtedy jeszcze tak dobre jak dzisiaj. Ta praca niosła za sobą jakieś ryzyka i znacząco kolidowałaby z życiem prywatnym Z jednej strony poświęcony czas, z drugiej – wiele godzin w samochodzie po fatalnych drogach – mówi Piotr.
Życie rozwiązało problem, bo zaszłam w ciążę, poszłam na macierzyński i siedziałam w domu. Któregoś dnia Piotr wrócił z pracy – to był chyba czwartek – i powiedział, że jedna z pracownic musi odejść z pracy. Z dnia na dzień, bo ma zagrożoną ciążę. Zapytał, czy ja bym nie przyszła od poniedziałku do pracy na zastępstwo – wspomina Ewelina.
Czasu do namysłu miała niewiele, ale ostatecznie zapadła pozytywna decyzja. Tak oto, w 2008 roku, Ewelina Wójcik rozpoczęła pracę w dziale sprzedaży Mebli Wójcik. Jej obowiązki obejmowały m.in. wysyłanie TIR-ów z meblami, rezerwowanie transportu, wystawianie faktur. Umożliwiło to poznanie firmy od środka. Ale też szybko okazało się, że sprzedaż w korporacji a to, co robiła wtedy w firmie były dwoma różnymi światami.
Ewelina początkowo trochę się od firmy odbiła – opisuje Piotr.
Od razu odbiła… Raczej nie zapałała miłością. Na pewno to, od czego zaczęłam pracę tutaj, nie było moim marzeniem. Owszem, zgodziłam się, ale docelowo siebie w tym nie widziałam – ripostuje Ewelina.
Wreszcie w swoim żywiole
W tym czasie Meble Wójcik bazowały przede wszystkim na dwóch klientach niemieckojęzycznych – jednym z Niemiec i drugim z Austrii. We wrześniu 2008 roku firma zadebiutowała z marką Meble Wójcik na targach w Ostródzie. Wyznaczony dla nowej marki cel był prosty: rynek polski.
I to był moment dla mnie, czyli taka marketingowo-komunikacyjna działka, która zawsze była mi bliska. W tym czułam się lepiej, pracując wcześniej w agencjach reklamowych. Oczywiście w firmie nie było wtedy marketingu, trzeba było go stworzyć. Ale to znałam, lubiłam i w tym czułam się dobrze – wspomina Ewelina.
Stworzyć i przy okazji zdjąć odpowiedzialność z taty i ze mnie, bowiem wcześniej działaniami marketingowymi zajmowaliśmy się tak naprawdę my. Oczywiście w naszym przypadku więcej było w tym amatorki, natomiast Ewelina robiła to już profesjonalnie – uzupełnia Piotr.

Początkowo Ewelina była sama sobie szefem. Z czasem doszła jedna pracownica, która pracowała w innym dziale, potem kolejna osoba. Dzisiaj jest to 6-osobowa komórka. Rozwój działu marketingu zbiegł się z rozwojem firmy. Działała już druga fabryka, niedługo potem powstała trzecia, a także centrum logistyczne. Kluczowymi momentami były jednak połączenie trzech fabryk w jeden organizm, a także zakończona pozytywnie sukcesja.
Meble Wójcik 2.0
Po trzech dekadach prowadzenia własnej firmy i ponad 4 dekadach pracy przy produkcji mebli, Leszek Wójcik powiedział: wystarczy. Zarzadzanie firmą przejęło drugie pokolenie. Teść bardzo dobrze tym pokierował. Widział w dzieciach znakomity materiał do sukcesji i sam oddał stery zarządzania firmą. Nikt go nie musiał do tego motywować czy zachęcać. Oczywiście, myśmy konsultowaliśmy z nim wiele rzeczy, pytaliśmy o zdanie. Jednak z czasem coraz częściej zdawał się na nas, oddając nam decyzyjność. Nie miał żadnych pokus, by sterować firmą z tylnego siedzenia. Czuł się z tym dobrze, naturalnie i był dumny z tego, że jego dzieci mogą zarządzać – opowiada Ewelina.
Wspominając sukcesję Piotr cofa się aż do października 2006 roku, kiedy to otwarto drugą fabrykę. Stary zakład – Fabryka Mebli Stolpłyt i nowy, czyli Wójcik Fabryka Mebli, były osobnymi firmami. W tej drugiej firmie Piotr był wiceprezesem.
Była to jednak tylko nomenklatura. Ja fizycznie byłem w tym zakładzie od rana do wieczora, już gdy on się kończył budować. A moje wejście do firmy zbiegło się ze skończeniem studiów. Myślę, że był to pierwszy duży test dla nas – tata dał nam tę szansę. Później jeszcze przez pewien czas obserwował, patrzył na naszą pracę, oceniał i po jakimś czasie dojrzał do sukcesji. Dlatego, że my robiliśmy swoje i tę robotę robiliśmy dobrze. Ta sukcesja dokonała się zatem bardzo naturalnie – mówi Piotr Wójcik.
Zawsze podkreślałam i podkreślam, że sukcesja zakończyła się sukcesem głównie ze względu na ogromną inteligencję emocjonalną teścia i jego mądrość. Któregoś dnia stwierdził definitywnie, że nadajemy się i to już jest ten czas. No i oczywiście miał do nas pełne zaufanie – podkreśla Ewelina.
Każdy robi swoje
Obecnie Ewelina Wójcik kieruje działem marketingu firmy. Katarzyna Wójcik-Borsukowicz nadzoruje finanse. Maciej Borsukowicz, mąż Kasi, odpowiada za zakupy. Każdy ma swoje miejsce w strukturze firmy. To powoduje, że sukcesja jest nie tylko naturalna, ale też bardzo zgodna. W firmie pracują już także Marcin, najmłodsze dziecko Leszka Wójcika i jego żona, Dorota.
Jeszcze przed naszym ślubem Piotr zaprosił mnie na jakieś rodzinne spotkanie. Mój potencjalny teść przesiedział wtedy ze mną pół imprezy, rozmawiając wypiliśmy butelkę whisky. Wypytał mnie o wszystkie życiowe plany. No i chyba na koniec stwierdził, że się będę nadawała. To jest właśnie mądrość życiowa mojego teścia – mówi Ewelina.
Dziś się z tego trochę śmieję, ale kiedyś to była trauma moja i siostry. Otóż tata zawsze powtarzał nam, że ten partner życiowy, mąż, żona – to bardzo ważne osoby. Zastanawialiśmy się z Kasią, dlaczego on nam to tak często mówi. Dzisiaj już wiemy, dlaczego i wiemy, że to prawda. Osoby, które wchodzą do rodziny biznesowej muszą do niej pasować charakterologicznie i mentalnie – podkreśla Piotr.
Pracować razem
Ewelina nie ukrywa, że wspólna praca to plusy, ale także i minusy. Jak dziś wspomina, na początku było jej bardzo ciężko, bo nie dorastała w rodzinie, która by prowadziła jakiś rodzinny biznes. Jej rodzice zawsze pracowali na etatach i dla niej taka sytuacja była rzeczą naturalną.
Chodzę do pracy. Później na rodzinnych spotkaniach rozmawiam o pracy. Moje wyjścia po pracy też są związane z pracą. To wszystko było dla mnie, przynajmniej na początku, trudne do zrozumienia i zaakceptowania. Z kolei dla Piotra było to zupełnie normalne i naturalne. To powodowało szereg dyskusji i tarć, bo wychodzi, że człowiek żyje tylko meblami. Ja już nie pamiętam, jak to jest nie żyć meblami – żartuje Ewelina.
Jak jednak przyznaje z czasem odnalazła w tym wiele radości. Ja lubię ludzi, z którymi się spotykamy, lubię branżę. To jest taki mały światek, w którym wszyscy wszystkich znają, ale sympatyczny do funkcjonowania. Abstrahując oczywiście od sytuacji rynkowej, mamy z tego przyjemność. Staramy się jednak jak najmniej dyskutować o problemach pracy poza pracą – tłumaczy.

Natomiast kluczem do sukcesu jest też zapewne to, że każde z nas zajmuje trochę inny obszar. Każde ma swoje pole decyzyjności, tego, czym się zajmuje i co rozwija. Z drugiej strony – wszyscy jesteśmy w tym biznesie, wiemy: co, kto, gdzie, dlaczego. To też daje nam transparentność i patrzenie w tym samym kierunku – podkreśla stanowczo.
Mąż szefem
Piotr Wójcik zwraca uwagę, że właściciel pracujący w firmie robi to dla siebie i rodziny. Jako właściciele wymagamy od siebie nawet więcej niż od pracowników etatowych. To nie jest żaden slogan. Zdarzają nam się gorące, trudne dyskusje, nawet spory i kłótnie, ale to się dzieje w małym gronie. Potem staramy się mieć zgodne stanowisko i przed firmą prezentować je jako wspólne. Zdarzyło się raz czy dwa, że Ewelina wyszła z mojego gabinetu ze łzami, ale musiałem wyrazić swoje zastrzeżenia – nie kryje Piotr.
I to nie są łatwe sytuacje – ripostuje Ewelina. – Bo jeżeli obsztorcuje cię szef w firmie zewnętrznej, to wracasz do domu i ze wszystkiego zwierzasz się mężowi. Mówisz, że ten szef jest taki i owaki, atmosfera nieciekawa, praca beznadziejna i chcesz ją zmienić. Tu już jest zdecydowanie inaczej. Przez pierwszych kilka lat miałam problem z tym, że przyszłam do firmy rodzinnej i mój mąż jest moim szefem – dodaje.
Bo przychodziłaś do firmy rodzinnej z takim nastawieniem, jakbyś miała tu pracować na etat. Ważne jest, aby te tzw. drugie połówki, czyli żony i mężowie właścicieli, zaczęli patrzeć na firmę, jak na swoją. Żeby zrozumieli, że firma jest także ich. Wtedy kompletnie zmienia się ich podejście do wszystkich firmowych spraw – odpowiada Piotr.

Wartość dodana
Na tegorocznych targach MEBLE POLSKA pojawiły się dzieci Piotra i Eweliny. Pretekst stworzył oczywiście jubileusz 40-lecia firmy, ale nie była to ich pierwsza wizyta w Poznaniu. Czy to już wstępne kroki w myśleniu o sukcesji? Po pierwsze – trzeba mieć predyspozycje, natomiast po drugie – trzeba chcieć. To wcale nie jest łatwa decyzja, bowiem ta droga jest trudniejsza niż praca gdzieś na zewnątrz – odpowiada Ewelina.
One nie składają teraz jakichś daleko idących deklaracji, ale też nie mówią: „nie” – na ten szczegół zwraca uwagę Piotr. Jak dodaje – dla niego i rodzeństwa przyszłość w firmie była sprawą oczywistą, natomiast ich dzieci mają wiele różnych opcji. Niech próbują wszystkiego, niech zdobywają doświadczenie, bo nie wiadomo, co się może przydać w przyszłości. A jeżeli zwiążą swoją przyszłość z firmą, to może być wartość dodana – wyjaśnia.

Jak wyjaśnia Piotr, zarówno on, jak i Ewelina, nie chcą, aby ich dzieci przychodziły do firmy, bo tak wypada. Wolelibyśmy, żeby to była świadoma decyzja dorosłych ludzi, którzy mają przekonanie, że mogą coś pozytywnego wnieść do firmy. Jeżeli mają tu przyjść nie po to, by pracować, ale, by być, to lepiej, by nie przychodziły. Mogą bowiem zrobić i firmie, i sobie ogromną krzywdę. To jeszcze nie jest ten etap, by członkowie rodziny sprawowali jakieś honorowe stanowiska – precyzuje.
Firma cały czas jest na etapie rozwoju i członkowie rodziny mają ciągle wiele do zrobienia. Warto podkreślić, że obecnie firma oparta jest na grupie skutecznych menedżerów, w tym wychowanków firmy. Razem tworzymy zgrany zespół. Moim marzeniem jest, aby zawsze przynajmniej jedna osoba z rodziny była w zarządzie. To bowiem firmę rodzinną legitymizuje – dla pracowników i partnerów biznesowych. Ale tylko wtedy, jeżeli taka osoba coś pozytywnego do firmy wnosi – zastrzega Piotr.
Lekcja życia
Dzieci widzą naszą pracę i zaangażowanie. To dla nich lekcja, że zarządzanie firmą jest ciężkim kawałkiem chleba. Dlatego myślę, że ich ewentualne decyzje o zaangażowaniu w firmę będę dobrze przemyślane. Co z drugiej strony jest korzystne dla firmy, że przyjdą osoby świadome stojących wyzwań – wyjaśnia Ewelina.

Zapytany o wrażenie dzieci z eventu z okazji 40-lecia firmy Piotr Wójcik nie ukrywa satysfakcji. Nasz starszy syn stwierdził, że dla niego byłoby ogromną wartością, gdyby kiedyś mógł pracować w firmie rodzinnej – odpowiada.
Bo też ten jubileusz był dla nich niesamowitym doświadczeniem. Myśmy później z nimi rozmawiali, zresztą nie tylko z naszymi dziećmi, ale także z dziećmi Kasi i Maćka. One bardzo dużo się o firmie dowiedziały, bo jednak nie wszystkie rzeczy były im znane wcześniej. Mogły obejrzeć film jubileuszowy, wysłuchać osób, które się w nim wypowiadały, spotkać się z naszymi klientami – dodaje Ewelina.
I – co nas najbardziej ujęło – dzieci nie siedziały gdzieś w kącie ze smartfonami, ale podchodziły do klientów, przedstawiały się, rozmawiały. Oczywiście, one znają firmę, bo nawet trochę praktykowały podczas wakacji. Jednak możliwość spotkania z naszymi partnerami i porozmawiania z nimi była dla nich czymś wyjątkowym. Mamy nadzieję, że efekty tego będą pozytywne – podsumowują zgodnie Ewelina i Piotr.
TEKST: Marek Hryniewicki
Artykuł ukazał się w miesięczniku BIZNES MEBLE, nr 9/2026.
